|
|
|
|||||
![]() |
|
![]() |
|||||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
Gazeta Wyborcza ZDUDNIĆ DO ZERA (5) Jak zagłuszano Radio Wolna Europa? Opowiadają ludzie, którzy to robili. Fragmenty relacji z własnego filmu "Głos nadziei" Zakręcik historii Edward Żernecki: W czerwcu 1956 r., kiedy rozpoczęły się wypadki poznańskie, na nasz obiekt zostało wprowadzone wojsko dla ochrony. Był to pluton silnie uzbrojony, z karabinami maszynowymi. Żyli u nas około dwóch tygodni. Któregoś dnia od mostu Grunwaldzkiego w stronę centrum Wrocławia przeszła wielka manifestacja. Gdy byli obok naszego budynku, wznosili okrzyki uuu - uuu, naśladujące zagłuszanie. Następnego dnia do kierownictwa zespołu radiostacji przybyła delegacja pafawagu i postawiła ultimatum - albo zwiniecie pola antenowe, albo my to sami zrobimy. Dostaliśmy natychmiast polecenie, żeby opuścić anteny, i nigdy więcej już ich nie podnieśliśmy. Przychodziliśmy do pracy, ale już nie było co robić. Nastała głucha cisza. Jan Panek: Kiedy Gomułka doszedł do władzy, z centrali w Warszawie przyszło zarządzenie o zaprzestaniu zagłuszania. Byłem wtedy już kierownikiem całej radiostacji. Myślałem, że to jakaś chwilowa przerwa. Mijają dni i tygodnie, a tu nic. I wtedy otrzymaliśmy rozporządzenie, że minister łączności wszystkim, którzy chcą przejść do rzemiosła, oferuje, że w miejscu zamieszkania mogą sobie otworzyć warsztaty radiotechniczne. Zrozumiałem, że to już koniec. Potem kolejne zarządzenie, że złomujemy cały sprzęt. Kolega, który został do likwidacji, opowiadał, że bardzo drogie angielskie lampy rozbijali młotkami. Niszczyli urządzenia tak rzetelnie, żeby nikt nie poznał, że to był nadajnik. (...) Za trzymiesięczną odprawę kupiłem trochę sprzętu i otworzyłem prywatny zakład naprawy odbiorników radiowych. Często zdarzało się, że przychodzili do mnie klienci, żebym im rozszerzył zakres fal krótkich, bo nie mogą słuchać Wolnej Europy. No to im rozszerzałem. Taki to był zakręcik w mojej historii. Stanisław Siczek: Po 1956 r. zagłuszanie z terenu Polski w zasadzie ustało. Według mojej wiedzy pozostały dwie stacje - w Lidzbarku Warmińskim i Stargardzie - z których prowadzono zagłuszanie eksportowe do Związku Radzieckiego. W sytuacjach szczególnych być może stacje te pracowały również na potrzeby krajowe. O ile wiem, czasami korzystano również z obiektów wojskowych. Ale oczywiście pozostały w mocy umowy międzynarodowe o wzajemnym zagłuszaniu miedzy Polską a Związkiem Radzieckim, Czechosłowacją, Niemcami. Więc, jeśli nasz segment wypadł, to i tak zagłuszanie stamtąd szło. Stanisław Zacny: System stacji zagłuszających w Związku Radzieckim był niezwykle rozbudowany. Zwiedzałem taki obiekt w pobliżu Moskwy. To były dosłownie setki hektarów pola antenowego i specjalnie wybudowane miasteczko dla pracowników. Każda taka radiostacja miała swój kod zapisany alfabetem Morse`a. Dzięki temu można było sprawdzać, czy jej sygnały rzeczywiście docierają do Polski. Terenowe oddziały Państwowej Inspekcji Radiowej codziennie zbierały z całego kraju meldunki. Te informacje były przekazywane do departamentu wojskowego w Ministerstwie Łączności. Codziennie w godzinach przedpołudniowych taki meldunek był przesyłany teleksem do Moskwy. Na podstawie tego materiału można było dokonywać korekty. Chodziło o skuteczność zagłuszania i o rozliczenia, bowiem usługa ta nie była bezpłatna. Rozliczaliśmy rachunki co kwartał, według podanego czasu i mocy pracy nadajników. Wiem, że były to dziesiątki tysięcy franków szwajcarskich. Moce, których się używało, żeby zagłuszyć daną stację, powinny być dziesięciokrotnie większe niż zagłuszana stacja. A wiadomo było, że Związek Radziecki nam takiej mocy nie dawał. Myśmy kilka razy pisali o tym w raporcie dla naszego ministra, że przeciwdziałanie propagandzie, bo tak się oficjalnie nazywało zagłuszanie, jest mało skuteczne. Minister przesyłał raport do Komitetu Centralnego partii. Jednak polityczna decyzja była inna i zagłuszanie było kontynuowane. KONIEC |
![]() |
|||||||||||||