3.11. 2011 - Konferencja „Nasze wojska podjęły walkę…”

  


 

*   *   *
 

PROGRAM KONFERENCJI:

 

9.30            Otwarcie konferencji

Andrzej Siezieniewski (prezes Zarządu Polskiego Radia S.A.)

Bogdan Borusewicz (marszałek Senatu RP)

JE Robert Kiss  (ambasador Republiki Węgierskiej w Polsce)

10.00         Budapeszt 1956 

moderator: prof. Alfréd Reisch (b. analityk RWE, autor Revolt in Hungary, Free Europe Press)

Ákos Engelmayer (uczestnik rewolucji 1956, b. ambasador Republiki Węgierskiej w Polsce 1990-1995)

Zofia Romaszewska (organizatorka pomocy dla walczącego Budapesztu)

dr János Tischler (historyk, dyrektor Węgierskiego Instytutu Kultury)

prof. Andrzej Friszke (Instytut Studiów Politycznych PAN)  

 

11.30 - 11.45      Przerwa

11.45          Głos z przeszłości:tajemnice taśm z Koblencji

moderator: Andrzej Mietkowski (dyrektor portalu PolskieRadio.pl, b. szef warszawskiego biura Rozgłośni Polskiej RWE)

A. Ross Johnson (b. dyrektor Radia Wolna Europa, obecnie Hoover Institution)

Manfred Hanspeter (dyrektor Telekomunikacji i Informatyki, Radio Free Europe, Praga)

Bea Lukács (szef Kolekcji Wywiadów Historycznych, Biblioteka Narodowa im. Széchényiego, Budapeszt)

dr Wojciech Woźniak (wicedyrektor Narodowego Archiwum Cyfrowego)       

 

13.00 – 14.00     Przerwa

14.00         Radio Wolna Europa:komentator czy uczestnik ?

moderator:  A. Ross Johnson (b. dyrektor Radia Wolna Europa, obecnie Hoover Institution)

prof. Zdzisław Najder (b. dyrektor Rozgłośni Polskiej RWE w latach 1982-1987)

prof. Alfréd Reisch (b. analityk RWE, autor Revolt in Hungary, Free Europe Press)

prof. Paweł Machcewicz (historyk, autor „Monachijska menażeria”, walka z RWE 1950-1989)

prof. Antoni Dudek (historyk, politolog, UJ)

 

15.30          Polska-Węgry 1956: dwie drogi wyjścia

 

moderator:  prof. Andrzej Paczkowski (Collegium Civitas)

prof. Karol Modzelewski (historyk, w 1956 członek Rewolucyjnego Związku Młodzieży)

prof. Jerzy Eisler (szef warszawskiego oddziału IPN)

dr Krzysztof Persak (IPN, Instytut Studiów Politycznych PAN)

dr András Mink (Open Society Archives, Budapeszt)              

17.00         Podsumowanie

dr Łukasz Kamiński (prezes Instytutu Pamięci Narodowej)

dr János Tischler (historyk, dyrektor Węgierskiego Instytutu Kultury)

 
*   *   *
 

Na stronie Polskiego Radia S.A. uruchomiono specjalny serwis dźwiękowy,
zawierający nagrania Rozgłośni Polskiej RWE,
dotyczące wydarzeń na Węgrzech.

 

Polskie Radio, w 55. rocznicę rewolucji węgierskiej, uruchomiło nowy serwis internetowy poświęcony wydarzeniom z jesieni 1956 roku: wegry1956.polskieradio.pl

Powstanie węgierskie rozpoczęło się 23 października 1956 r. jako wyraz poparcia dla żądań robotników w Poznaniu i jednocześnie - jako sprzeciw przeciwko terrorowi stalinowskiemu w Ludowej Republice Węgierskiej. Tego dnia w Budapeszcie zorganizowano demonstrację, liczącą setki tysięcy osób. Manifestanci zażądali m.in. wycofania wojsk radzieckich, wolnych wyborów, zniesienia cenzury.

Z rewolucji, krwawo stłumionej 4 listopada 1956 r. przez sowieckie oddziały, ocalały unikalne nagrania z Radia Wolna Europa, dokumentujące jedno z najważniejszych wydarzeń z historii najnowszej Europy. Odzyskane dzięki nowoczesnej technologii tzw. taśmy z Koblencji dokumentują nie tylko czas narodowej rewolucji i krwawej interwencji wojsk sowieckich na Węgrzech, ale także rozgrywające się w tym samym okresie wydarzenia w Polsce (zmiany w kierownictwie partii, radzieckie naciski na polskie władze), Egipcie (wybuch wojny po nacjonalizacji kanału sueskiego) oraz USA (wybory powszechne i prezydenckie).

Nagrania emisji RWE obejmują krytyczne trzy tygodnie węgierskiej rewolucji, od 19 października do 13 listopada 1956. Polskie Radio zamieściło je w nowym serwisie internetowym wegry1956.polskieradio.pl.

Upublicznieniu taśm z Koblencji towarzyszy specjalna konferencja pt. „Nasze wojska podjęły walkę…” współorganizowana z Węgierskim Instytutem Kultury i Radiem Wolna Europa pod honorowym patronatem marszałka Senatu RP Bogdana Borusewicza. Konferencja odbędzie się 3 listopada 2011 r. w siedzibie Polskiego Radia w Warszawie. Wśród panelistów znajdzie się grono wybitnych historyków z Węgier i Polski, świadkowie węgierskiego powstania, przedstawiciele polskiego i amerykańskiego kierownictwa RWE, a także ambasador Republiki Węgierskiej JE Robert Kiss i szef IPN dr Łukasz Kamiński.

(Polskie Radio S.A.)

 


ZOBACZ WIĘCEJ:

http://Wegry56.polskieradio.pl

 
*   *   *
 

O polskim Październiku ’56


STEFAN BRATKOWSKI

W 55 rocz­nicę

Po roku 1945 pro­pa­ganda nowego ustroju, „demo­kra­cji ludo­wej”, tło­czyła w głowy mło­dzieży ide­ały rów­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej; ludzie z dołów spo­łecz­nych awan­so­wali na wyso­kie sta­no­wi­ska w admi­ni­stra­cji pań­stwa, w apa­ra­cie poli­cyj­nym i w armii – wedle hasła „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z cie­bie ofi­cera”. Ci tym bar­dziej skłonni byli sądzić, że biorą udział w auten­tycz­nej „rewo­lu­cji spo­łecz­nej”. Było ich, pamię­tajmy, dzie­siątki tysięcy.

Jed­nakże to nie ich odda­nie „rewo­lu­cji”, nie żadne prze­miany ide­owe, zro­dziły w Pol­sce sta­li­nizm. Insta­lo­wali go ludzie z zewnątrz, umie­jęt­nie posłu­gu­jąc się na prze­mian stra­chem i szczyt­nymi hasłami. Nie­liczni komu­ni­ści, wra­ca­jący z ZSRR do Pol­skiej Par­tii Robot­ni­czej po dłu­gim nie­kiedy poby­cie w łagrach, przy­się­gali sobie, że tu zro­bią socja­lizm ina­czej niż w Sowie­tach. Ale robili wkrótce wszystko tak samo, w służ­bie tej samej machiny destruk­cji i ter­roru. Razem z dobie­ra­nymi chęt­nymi. W ciągu dwóch, trzech lat Urzędy Bez­pie­czeń­stwa, UB, decy­do­wały już o wszyst­kim – także o samej PPR. Przez dłu­gie lata okres ten pró­bo­wano zwać „wojną domową”. Nie toczyła się w rze­czy­wi­sto­ści żadna „wojna domowa”, lecz nie­ustanne skryte polo­wa­nie na ludzi.

Machina zła nie odsło­niła się jakimś jed­nym wyszcze­rze­niem zębów. Swo­istą cezurą cza­sową było przy­mu­sowe połą­cze­nie w grud­niu roku 1948 dzia­ła­ją­cej ofi­cjal­nie Pol­skiej Par­tii Socja­li­stycz­nej, i tak już znie­wo­lo­nej, z Pol­ską Par­tią Robot­ni­czą w Pol­ską Zjed­no­czoną Par­tię Robot­ni­czą (do końca reżimu nigdy nie mówiła ona o sobie jako par­tii „komu­ni­stycz­nej”). Auten­tyczny przy­wódca PPS z czasu wojny, Kazi­mierz Pużak, ska­zany w osła­wio­nym pro­ce­sie moskiew­skim, sie­dział już w wię­zie­niu na tere­nie Pol­ski, gdzie go z cza­sem po pro­stu zadźgano – jak prze­ko­nała się, odbie­ra­jąc zwłoki, rodzina, żona i córki (zaprzy­jaź­nione z moją rodziną). Na przy­wódcę ofi­cjal­nej PPS, Józefa Cyran­kie­wi­cza, pre­miera od roku 1947, gro­ma­dzono mate­riały obcią­ża­jące – tor­tu­ro­wano po to jego współ­pra­cow­nika, zna­nego dobrze mnie i bratu – „wuja” Zyg­munta Kłopotowskiego.

Chwy­tano, męczono i mor­do­wano ludzi z Armii Kra­jo­wej; część z nich zabi­jano cich­cem bez oskar­żeń, część, jak i ofi­ce­rów pol­skich, któ­rzy wró­cili z Zachodu, ska­zy­wano w sfin­go­wa­nych pro­ce­sach. Oprawcy fabry­ko­wali sami oskar­że­nia i dowody; w 1948 zgi­nął z ich rąk nie­zwy­kły boha­ter kon­spi­ra­cji, Witold Pilecki, który potra­fił prze­do­stać się do obozu w Auschwitz, a potem uciec z niego i dostar­czyć peł­nych o nim infor­ma­cji. Innych latami trzy­mano w celach śmierci, być może licząc, że kie­dyś zła­mią się i „zaczną mówić”. Z równą pasją kato­wano ludzi z wła­snej, dość kadłu­bo­wej Armii Ludo­wej i wete­ra­nów z bry­gad mię­dzy­na­ro­do­wych wal­czą­cych prze­ciwko Franco w woj­nie domo­wej Hisz­pa­nii. Wyróż­niali się wśród sie­pa­czy mło­dzi pol­scy reemi­granci z Fran­cji, pre­pa­ro­wani psy­cho­lo­gicz­nie spe­cjal­nymi kur­sami nie­na­wi­ści. Jeden z nich, ska­zany po roku 1956 osi­łek z dłońmi jak bochny chleba, zabi­jał nimi – ofiarę ukła­dano na ławie ple­cami do góry, na barki przy­kła­dano deskę, a on z całej siły walił w tę deskę tak, by wywo­łać zawał serca; zawał serca nie dzi­wił rodziny więź­nia… Sporo kie­row­ni­czych sta­no­wisk w UB zaj­mo­wali fana­tyczni okrut­nicy, dawni komu­ni­styczni inter­na­cjo­na­ło­wie aku­rat żydow­skiego pocho­dze­nia, jeden z nich, Różań­ski, tor­tu­ro­wał śliczną moją młodą kuzynkę, Nutkę S., a gdy sąd, rzecz wyjąt­kowa, uwol­nił dziew­czynę od winy i kary, Różań­ski zapro­po­no­wał jej… randkę. Rola tych ludzi w „bez­piece” była bar­dzo na rękę Sta­li­nowi – uczyć się mieli Polacy od nowa anty­se­mi­ty­zmu, kiedy on sam roz­pę­tał w Rosji krwawą nagonkę antysemicką.

Rze­czy­wi­stą wojną była tylko krwawa roz­prawa z UPA, daw­nymi sprzy­mie­rzeń­cami Hitlera, w południowo-wschodnim zakątku kraju, skąd potem prze­sie­dlano w różne czę­ści ziem zachod­nich całe wsie Łemków i Ukra­iń­ców. Lata minąć musiały, nim ci ludzie prze­stali nie­na­wi­dzić Polaków.

Pol­ska, wyszedł­szy z pie­kła, zmie­rzała teraz w świat spo­tę­go­wa­nego absurdu i zła, prze­sła­nia­nego mira­żem utopii.

Kartki

Prze­ciętny oby­wa­tel kraju uczył się nie tylko stra­chu. Uczył się, na nowo – kole­jek. Tuż po woj­nie na krótko wró­ciła gospo­darka ryn­kowa z jej ludzką zarad­no­ścią, bez głodu; przy­cho­dziła jesz­cze pomoc ame­ry­kań­ska w ramach UNRRA, od żywno­ści i cze­ko­lady po odzież. Dopiero komu­ni­styczny szef gospo­darki, dok­try­ner eko­no­mii, Hilary Minc, wsz­czął „bitwę o han­del” i pod­ciął żywot­ność gospo­dar­czą Pol­ski. Nisz­czono „domia­rami”, czyli usta­la­nymi wedle uzna­nia,  doraź­nymi podat­kami han­del pry­watny, nisz­czono z równą zaja­dło­ścią han­del spół­dziel­czy, któ­rego cen­trala hur­towa przed wojną w 90 pro­cen­tach zaopa­try­wała sklepy pry­watne. Stop­niowo zapa­no­wał cał­ko­wi­cie han­del „przy­dzia­łowy”, na „kartki”, z kupo­nami, które wyci­nano przy zaku­pie swego przy­działu. „Czarny rynek” nie mógł nad­ro­bić cho­roby ofi­cjal­nej gospo­darki, ścigano go, zsy­ła­jąc „win­nych” do obo­zów pracy i zamy­ka­jąc do wię­zień. Prze­trwał, bo radził sobie i z apa­ra­tem wła­dzy – ludzie apa­ratu wła­dzy też kupo­wali mięso od „bab”…

O przy­ję­ciu „planu Mar­shalla”, pomocy ame­ry­kań­skiej, który odbu­do­wał ze znisz­czeń wojen­nych gospo­darkę zachod­niej Europy, mowy nawet nie było.

Wytrzy­ma­łość mate­ria­łów nie pod­lega naciskom

To straszna kon­sta­ta­cja, ale sta­li­nizm pol­skiej wer­sji w porów­na­niu z cze­skim, węgier­skim czy sowiec­kim, zamor­do­wał o wiele mniej ludzi. Do wię­zień tra­fiali – jak w czyst­kach lat trzy­dzie­stych w Rosji – także komu­ni­ści. Przy­wódcę pod­ziem­nej PPR z cza­sów oku­pa­cji, potem sekre­ta­rza Komi­tetu Cen­tral­nego, Wła­dy­sława Gomułkę, uznano win­nym „odchy­le­nia prawicowo-nacjonalistycznego” i uwię­ziono. Nie­jaki towa­rzysz Dusza wypro­wa­dzał go bosego, w noc­nej koszuli, zimą na śnieg i pole­wał kubłami zim­nej wody, ale ani Gomułki, ani innych podob­nie „win­nych” nie powie­szono, pod­czas, gdy w Pra­dze powie­szono dwu­na­stu człon­ków Biura Poli­tycz­nego par­tii. Faszy­zu­jąca przed wojną pra­wica pol­ska, zor­ga­ni­zo­wana w pseudo-katolickie, z zamie­rze­nia agen­tu­ralne ugru­po­wa­nie „PAX”, doga­dała się z reżi­mem. I przyj­mo­wała w swoje sze­regi, chro­niąc od śmierci i głodu nie­mało inte­li­gen­cji oraz „bez­e­tów”, „byłych zie­mian”, byłych wła­ści­cieli ziemskich.

Chyba jed­nak liczyło się przede wszyst­kim to, że na pol­skich wyż­szych uczel­niach mogli wykła­dać sta­rzy pro­fe­so­ro­wie. Przed­sta­wiono mnie w Pra­dze cze­skiej po naszym roku 1956 pro­fe­so­rowi słyn­nej Poli­tech­niki Pra­skiej, zamia­ta­ją­cemu ulice. W Pol­sce za sta­li­ni­zmu na uczel­niach tech­nicz­nych uczyli zna­ko­mici przed­wo­jenni pro­fe­so­ro­wie – wytrzy­ma­łość mate­ria­łów, jak się mówiło, nie pod­da­wała się naci­skom ide­olo­gicz­nym, stąd i naj­zdol­niej­sza mło­dzież pol­ska szła wów­czas na stu­dia tech­niczne. Na uni­wer­sy­te­tach i w szko­łach medycz­nych wykła­dała stara kadra pro­fe­sor­ska; spo­śród moich pro­fe­so­rów na wydziale prawa Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego ode­brano wykłady jed­nemu tylko sędzi­wemu spe­cja­li­ście od teo­rii prawa, pozo­stali z wyjąt­kiem jed­nego mia­no­wańca prze­ka­zy­wali nam w apo­geum sta­li­ni­zmu wie­dzę tę, co przed wojną – jako że prawo pozo­sta­wało for­mal­nie to samo. Prof. Wła­dy­sław Wol­ter w wykła­dzie prawa kar­nego pomi­jał jako „regu­la­cję przej­ściową” tzw. „mały kodeks karny”, który pozwa­lał wła­dzy dosłow­nie na wszystko… Pozba­wiono katedr pro­fe­so­rów filo­zo­fii, ale zaofe­ro­wano im tłu­ma­cze­nie kla­sy­ków filo­zo­fii, dzięki czemu Pol­ska wyszła z ośmiu lat sta­li­ni­zmu – z kom­ple­tem prze­kła­dów kla­syki filozofii.

Nowy ustrój miał swoją „idee fixe”: uprze­my­sło­wie­nie kraju. Do tego potrze­bo­wał – inży­nie­rów. W cze­skim prze­my­śle, roz­bu­do­wa­nym jesz­cze za oku­pa­cji hitle­row­skiej, sta­li­nizm wyrzu­cał fachow­ców na bruk, albo i zsy­łał do obo­zów pracy. W Pol­sce pierw­szymi „wiel­kimi budo­wami socja­li­zmu” kie­ro­wali przed­wo­jenni inży­nie­ro­wie, wykształ­ceni na naj­lep­szych wzo­rach, ze sta­rymi maj­strami. Zarzą­dzali spraw­niej i sku­tecz­niej, niż póź­niejsi wybrańcy apa­ratu partyjnego.

Niczego poza

Nie ozna­czało to żadnej swo­body ini­cja­tywy, nawet – pozy­tyw­nej. Ustrój nie stwa­rzał miej­sca na jaką­kol­wiek alter­na­tywę, żadna dzia­łal­ność kon­struk­tywna poza kon­trolą apa­ratu rzą­dzą­cej par­tii i służb taj­nych nie była moż­liwa. Nie­za­leżną myśl spa­ra­li­żo­wano. „Tygo­dnik Powszechny” zamknięto, a po pew­nym cza­sie zaczął się on uka­zy­wać – pod redak­cją pseudo-katolików z „PAXu”, który zmie­rzał do roz­sa­dze­nia pol­skiego Kościoła kato­lic­kiego od środka. Po roku 1948 wła­dza pod­jęła bowiem walkę także z uczu­ciami reli­gij­nymi Pola­ków i z Kościo­łem, cho­ciaż Kościół pol­ski gotów był do kom­pro­misu, pod­pi­sał w roku 1950 odpo­wied­nie poro­zu­mie­nie i zor­ga­ni­zo­wał życie reli­gijne na Zie­miach Zachod­nich. Kiedy księży zaczęto jed­nak prze­śla­do­wać jak wro­gów pań­stwa, fin­go­wać prze­ciw nim pro­cesy, pry­mas Ste­fan Wyszyń­ski odmó­wił wszel­kich roz­mów. Mniej odpor­nych psy­chicz­nie duchow­nych zmu­szano róż­nymi szan­ta­żami do afi­lio­wa­nia się w reżi­mo­wym ruchu „księży-patriotów” – sta­li­nizm pol­ski jed­nak nie posu­wał się w tym tak daleko, jak na Węgrzech, bo Kościół kato­licki w Pol­sce cie­szył się bar­dzo moc­nym oparciem.

Mło­dzież wiej­ską ścią­gano do „wiel­kich budów socja­li­zmu”, do prze­my­słu. Był to dla niej nie­wąt­pliwy awans cywi­li­za­cyjny – sam spo­ty­ka­łem w „hote­lach robot­ni­czych” Nowej Huty chłop­ców, któ­rzy po raz pierw­szy spali w łóżkach, bo jako parobcy wiej­scy sypiali wyłącz­nie na sia­nie w sto­do­łach. Wieś nato­miast reżim posta­no­wił miaż­dżącą siłą prze­mie­lić zgod­nie ze wzo­rami sowiec­kimi na wieś sko­lek­ty­wi­zo­waną – gospo­dar­stwa chłop­skie miały się łączyć w wiel­ko­ob­sza­rowe „spół­dziel­nie pro­duk­cyjne”, rezy­gnu­jąc z pry­wat­nej wła­sno­ści ziemi.

Wieś nie pod­da­wała się. Jej opór wywo­ły­wał repre­sje głu­pie i okrutne: spę­dzano np. wszyst­kich męż­czyzn, kobiety i dzieci do jed­nej sto­doły, by trzy­mać ich dni całe bez jedze­nia i snu, zmu­sza­jąc do wypróż­nia­nia się w obec­no­ści pozo­sta­łych. Spo­ty­ka­łem jako repor­ter po roku 1956 wsie, któ­rych ponad połowa miesz­kań­ców, ze sta­rusz­kami włącz­nie, prze­szła z naj­roz­ma­it­szych powo­dów przez wię­zie­nia i obozy pracy przy­mu­so­wej. Gehenna wsi pol­skiej pozo­stała jed­nak ogó­łowi spo­łe­czeń­stwa mało znana, a póź­niej – zapomniana.

Nie­do­ce­niony zamach stanu

Nawet śmierć Sta­lina w marcu 1953 r. nie prze­rwała nara­sta­ją­cego uci­sku; jesz­cze tegoż roku pry­masa Pol­ski, Ste­fana Wyszyń­skiego, zesłano w miej­sce odosob­nie­nia, pozba­wia­jąc kon­taktu z ducho­wień­stwem. Pierw­sze zmiany w Pol­sce, zwane od tytułu książki Ilii Eren­burga „odwilżą”, wią­zano z łagod­niej­szym kur­sem w samym ZSRR. W rze­czy­wi­sto­ści zade­cy­do­wał pewien sen­sa­cyjny fakt: uciekł jeden z sze­fów Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Publicz­nego, Józef Świa­tło. I zaczął opowiadać.

W roku 1952 na tere­nie Nie­miec Zachod­nich Ame­ry­ka­nie powo­łali do życia Radio „Wolna Europa” pod kie­row­nic­twem Jana Nowaka-Jeziorańskiego, w cza­sie oku­pa­cji boha­ter­skiego kuriera mię­dzy oku­po­waną Pol­ską a Lon­dy­nem. Ta roz­gło­śnia, w Pol­sce sys­te­ma­tycz­nie zagłu­szana, zdo­łała dotrzeć z rewe­la­cjami Świa­tły do spo­łe­czeń­stwa pol­skiego, a przede wszyst­kim – do samej elity wła­dzy. I ją samą, wła­dzę, ogar­nęło prze­ra­że­nie sys­te­mem. Bali się już wszy­scy. Rzą­dził dobo­rem kadr par­tii X Depar­ta­ment Mini­ster­stwa Bez­pie­czeń­stwa Publicz­nego, sły­sza­łem opo­wieść byłego boha­ter­skiego ofi­cera bry­gad mię­dzy­na­ro­do­wych z Hisz­pa­nii, pod­da­wa­nego per­fid­nej nauce stra­chu przed tor­tu­rami – nim go aresz­to­wano (jego dowódca, Wacław Komar, już sie­dział). Biuro Poli­tyczne PZPR, naj­wyż­sza wła­dza w kraju, zatwier­dza­jąc plany nowych wiel­kich budów, naj­wni­kli­wiej dys­ku­to­wało nad pro­jek­tem… cen­tral­nego wię­zie­nia. Bo każdy z człon­ków Biura wie­dział, że może tam trafić.

W roku 1954 kie­row­nic­two par­tii prze­pro­wa­dziło jed­nak swo­isty zamach stanu, nie­do­ce­niany przez dzi­siej­szą, młodą naszą histo­rio­gra­fię: korzy­sta­jąc z radziec­kiego wzoru oba­le­nia Berii, szefa taj­nych służb, oba­liło wła­dzę X Depar­ta­mentu nad sobą i roz­wią­zało MBP. Tajną poli­cję pol­skiego reżimu pod­po­rząd­ko­wano raz na zawsze Komi­te­towi Cen­tral­nemu. Od tej pory nie bez­pieka rzą­dziła pań­stwem, lecz apa­rat par­tyjny. Rzą­dził oczy­wi­ście i nią, prze­or­ga­ni­zo­waną w „Służbę Bezpieczeństwa”.

Wła­dze „Pol­skiej Rzecz­po­spo­li­tej Ludo­wej”, jak nazy­wało się pań­stwo od roku 1952, roku „uchwa­le­nia” nowej kon­sty­tu­cji, zaczęły zwal­niać ludzi z wię­zień i obo­zów, rewi­do­wać nie­które wyroki. Zwal­niano ludzi z wyro­kami śmierci, zwol­niono Gomułkę i towa­rzy­szy. Potem już samo Biuro Poli­tyczne par­tii powta­rzało na swo­ich posie­dze­niach dow­cipy na temat wła­snego reżimu, któ­rymi bro­niło się jak zawsze spo­łe­czeń­stwo pol­skie – w rodzaju defi­ni­cji han­dlu polsko-radzieckiego: „my im dostar­czamy węgiel, a oni od nas biorą za to cukier”.

Rok 1956

To nie „odwilż” wywo­łała bunt mło­dzieży roku 1956 i dzięki niemu pierw­szy wielki wyłom. To reżim sam wypro­du­ko­wał swo­ich wro­gów. Bra­łem w tym bun­cie udział, robi­łem go, rzec można,  wła­snymi rękami. Odkry­li­śmy dość łatwo, jak dalece ide­ały roz­mi­jają się z rze­czy­wi­sto­ścią. Miała być wol­ność, spra­wie­dli­wość, demo­kra­cja, rów­ność, nie­pod­le­głość Pol­ski, a na każ­dym kroku tym ide­ałom zaprze­czano. Stu­denc­kie teatrzyki (naj­sław­niej­sze – war­szaw­ski STS i gdań­ski Bim-Bom) teraz nie­dwu­znacz­nie śmiały się z reżimu. Jesie­nią roku 1955 redak­cja tygo­dnika stu­denc­kiego „Po pro­stu”, zale­ga­ją­cego sto­sami okna wyż­szych uczelni, prze­kształ­ciła go w gazetę prawdy, a tym samym – buntu. Z dnia na dzień została naszym zespo­ło­wym przywódcą.

Wedle „naszego” mark­si­zmu rzą­dziła Pol­ską „czer­wona bur­żu­azja”, ze swymi kon­su­mami par­tyj­nymi i sie­cią skle­pów „za żółtymi firan­kami”, nale­żało prze­ciw niej sprzy­mie­rzyć się w imię „praw­dzi­wego socja­li­zmu” z jedyną zor­ga­ni­zo­waną, jak wska­zy­wał Marks, armią rewo­lu­cji, czyli klasą robot­ni­czą. „Po pro­stu” roz­chwy­ty­wano; egzem­pla­rze pisma, o nakła­dzie limi­to­wa­nym, szły i po cenie dzie­sięć razy wyż­szej niż nomi­nalna. Chcie­li­śmy przede wszyst­kim demo­kra­cji, ale nie wie­dzie­li­śmy, jak to zro­bić. Jak zro­bić „praw­dziwy socja­lizm”, też nie wie­dzie­li­śmy. Byli­śmy razem wszy­scy prze­ciw kłam­stwu i złu. Potem dopiero mie­li­śmy się uczyć od zera, od pod­staw, wie­dzy o demo­kra­cji i o gospo­darce rynkowej.

Wcze­sną wio­sną roku 1956 wstrzą­snął całym obo­zem sowiec­kim tajny refe­rat Chrusz­czowa na XX zjeź­dzie KPZR, Komu­ni­stycz­nej Par­tii Związku Radziec­kiego. Przed­sta­wiał „wypa­cze­nia” i zbrod­nie Sta­lina. Prawda była jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca niż to, co opo­wia­dano. W Pol­sce toczyła się już walka w kręgu par­tyj­nej „góry”, spora jej część, ste­ro­wana przez Cyran­kie­wi­cza, opo­wia­dała się za „demo­kra­ty­za­cją”. Prze­tłu­ma­czony refe­rat Chrusz­czowa roze­słano po wszyst­kich tzw. „Pod­sta­wo­wych Orga­ni­za­cjach Par­tyj­nych”, czyli w prak­tyce do całego spo­łe­czeń­stwa, i potem, przez kore­spon­den­tów prasy zagra­nicz­nej, na Zachód.

Tam­tej wio­sny „Po pro­stu” wymknęło się osta­tecz­nie spod kon­troli wła­dzy, miało cichych zwo­len­ni­ków nawet w cen­zu­rze. I oto stu­denci kra­kow­scy w maju 1956 pod­czas pierw­szych ogól­no­kra­kow­skich „Juwe­na­liów”, które orga­ni­zo­wa­łem, wyszli tysią­cami na ulice mia­sta, woła­jąc „chodź­cie z nami” i skan­du­jąc pod redak­cjami gazet – „prawdy i chleba”.

Wyszli – i nic się im nie stało. Nie wybili ani jed­nej szyby. W czerwcu wyszli na ulice Pozna­nia mło­dzi robot­nicy zakła­dów im. Cegiel­skiego. Nie dla samych pod­wy­żek. „Robot­ni­cza” wła­dza nie tylko oszu­ki­wała ich długi czas na pła­cach, ale i demon­stra­cyj­nie lek­ce­wa­żyła – kolejny raz odkła­da­jąc zapo­wia­dane roz­mowy. Wyszli na ulice nie dla roz­lewu krwi, nie myśleli pory­wać się z gołymi rękami na uzbro­joną po zęby wła­dzę. Kiedy wdarli się do budynku Komi­tetu Woje­wódz­kiego PZPR, nikogo nawet nie pobili. To do nich strze­lać zaczęli – ludzie apa­ratu wła­dzy. Zbrojna roz­prawa oddzia­łów Kor­pusu Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego z mani­fe­stan­tami uczy­niła wyda­rze­nia poznań­skie dra­ma­tem. Padło dzie­siątki ofiar. Aresz­to­wano potem, bito i sądzono domnie­ma­nych i rze­czy­wi­stych uczest­ni­ków demonstracji.

Jesie­nią przy­szedł czas osta­tecz­nego buntu. Wspólny ruch stu­den­tów i robot­ni­ków pod przy­wódz­twem Leszka Goź­dzika z war­szaw­skiej fabryki na Żera­niu, wiel­kie, masowe wiece po całym kraju, które orga­ni­zo­wa­li­śmy, żądały „demo­kra­ty­za­cji”. W kie­row­nic­twie par­tii rej wodził w gru­pie zwo­len­ni­ków zmian – dotych­cza­sowy pre­mier rządu, Józef Cyran­kie­wicz, ten sam, który w czerwcu wygła­szał haniebne pogróżki pod adre­sem bun­tu­ją­cych się robot­ni­ków. Gdyby nie ci „u góry”, same nasze bunty nie­wiele by dały… W paź­dzier­niku VIII Ple­num Komi­tetu Cen­tral­nego PZPR oddało wła­dzę Gomułce. Gomułka wygło­sił refe­rat, pióra Wła­dy­sława Bień­kow­skiego, mówiący, że to nie wina kultu jed­nostki, lecz – sys­temu. Za Gomułką – prze­ciw naci­skowi Moskwy, prze­ciwko woj­sko­wym for­ma­cjom sowiec­kim, masze­ru­ją­cym na War­szawę – sta­nął wtedy cały dosłow­nie naród. Przy­le­ciał nagle Chrusz­czow, ale Gomułka się nie prze­stra­szył, za zmia­nami opo­wie­działo się i woj­sko. I Chrusz­czow zre­zy­gno­wał z inter­wen­cji w Pol­sce, a mia­no­wany mar­szał­kiem Pol­ski, zrusz­czony Polak, w cza­sie wojny zna­ko­mity sowiecki dowódca, Kon­stanty Rokos­sow­ski, wró­cił do Rosji.

Nie ze stra­chu. Z rozsądku

Na Węgrzech zaczęło się wszystko od popie­ra­ją­cego Pol­skę wiecu pod pomni­kiem wspól­nego boha­tera naro­do­wego, gene­rała Bema, zwa­nego „ojczul­kiem Bemem”. Nie­stety, sek­cja węgier­ska Radia Wolna Europa wzy­wała Węgrów do walki. Pro­te­sty obró­ciły się w powsta­nie. Spa­dły na nie dwie kolejne, mor­der­cze, sowiec­kie inter­wen­cje woj­skowe; powsta­nie węgier­skie pochło­nęło tysiące ofiar. Zachód inter­we­nio­wał wła­śnie w Suezie, nie mógł zro­bić nic poza pomocą dla uchodź­ców. A i tak nic by nie zrobił…

Sek­cja pol­ska Wol­nej Europy pod ręką Jana Nowaka-Jeziorańskiego uczyła Pola­ków roz­wagi. Od zabi­ja­nia powstrzy­ma­li­śmy się nie ze stra­chu. Z roz­sądku. Choć, nie ma co ukry­wać, wielu z nas ręce świerz­biały. Nasi rówie­śnicy w woj­sku, pobo­rowi z ostat­nich lat, cze­kali tylko na sygnał. Mieli broń w zasięgu rąk.

Pol­ski Paź­dzier­nik, jak nazwa­li­śmy owe prze­miany w kon­tra­ście do bol­sze­wic­kiego Paź­dzier­nika 1917 r., uwol­nił i poznań­skich robot­ni­ków, i wszyst­kich więź­niów reżimu. Gomułka uwol­nił wieś od zmory kolek­ty­wi­za­cji, chłopcy z naszych Stu­denc­kich Komi­te­tów Rewo­lu­cyj­nych roz­wią­zy­wali „spół­dziel­nie pro­duk­cyjne”. „Pol­ska droga do socja­li­zmu” miała dopu­ścić drobną przed­się­bior­czość w han­dlu, rze­mio­śle i usłu­gach. Pry­mas Wyszyń­ski, który wró­cił z odosob­nie­nia, naj­więk­szy auto­ry­tet narodu, wezwał do gło­so­wa­nia w wybo­rach w stycz­niu 1957 r. bez skre­śleń na listy usta­lone przez apa­rat par­tyjny w poro­zu­mie­niu z Kościo­łem – żeby Sowie­tom udo­wod­nić ogólne popar­cie dla Gomułki; nasi rewo­lu­cyjni kan­dy­daci zna­leźli się w więk­szo­ści na miej­scach „poza­man­da­to­wych”. W skład sejmu weszli jed­nak przed­sta­wi­ciele auten­tycz­nych środo­wisk kato­lic­kich – co, jak pry­watna wła­sność w rol­nic­twie i drobna przed­się­bior­czość, było też abso­lut­nym wyło­mem w sys­te­mie sowieckim.

Rok 1957 począt­kowo niósł wiel­kie nadzieje – dawni „Zetowcy” (o któ­rych tu w „Stu­dio Opi­nii” już opo­wia­da­łem) zało­żyli Towa­rzy­stwo Roz­woju Ziem Zachod­nich, po roku 1948 przez reżim zanie­dby­wa­nych i ogra­bia­nych, a w Nowym Sączu z ini­cja­tywy „Po pro­stu” naro­dził się eks­pe­ry­ment samo­rzą­dowy, dzia­ła­jący aż do prze­łomu roku 1989. „Tygo­dnik Powszechny” wró­cił do swo­ich auten­tycz­nych redak­to­rów. Sto­sun­kowo szybko jed­nak apa­rat rzą­dzą­cej par­tii pod kie­run­kiem Gomułki odżył i odbu­do­wał swą pełną wła­dzę. Nasz Rewo­lu­cyjny Zwią­zek Mło­dzieży, któ­rego pierw­szy zjazd orga­ni­zo­wa­łem, łatwo dał się wyma­ni­pu­lo­wać, połą­czyć z orga­ni­za­cją byłego apa­ratu ZMP, pół­fik­cyj­nym Związ­kiem Mło­dzieży Robot­ni­czej, o tych samych lite­rach skrótu, a już w paź­dzier­niku 1957 roku roz­pę­dzono „Po pro­stu” (jego repor­te­rem zosta­łem w  stycz­niu 1957 r.). Masową demon­stra­cję stu­dencką, którą z moimi war­szaw­skimi przy­ja­ciółmi zwo­ła­li­śmy w pro­te­ście, spa­ło­wały oddziały Mili­cji Oby­wa­tel­skiej, szko­lone już spe­cjal­nie do pacy­fi­ka­cji „ulicy”.

Wyjąt­kowy barak w obo­zie sowieckim

To prawda, nigdy już nie wró­cił ter­ror sta­li­now­ski. Pol­ska w obo­zie sowiec­kim stała się kra­jem na pra­wach wyjąt­ko­wych. Długi czas władcy Węgier, Cze­cho­sło­wa­cji oraz Nie­miec­kiej Repu­bliki Demo­kra­tycz­nej, utwo­rzo­nej z byłej sowiec­kiej strefy oku­pa­cyj­nej w Niem­czech, nie dopusz­czali swych pod­da­nych do kon­tak­tów z Pol­ską, ogra­ni­czali nawet infor­ma­cje o Pol­sce. Draż­niła ich też nie­za­leż­ność, choć bar­dzo względna, jaką zapew­niły sobie pol­skie środo­wi­ska inte­lek­tu­alne i arty­styczne; Pol­ska roz­kwi­tła zdo­by­wa­ją­cymi świa­towy roz­głos fil­mami, teatrem, muzyką, malar­stwem, gra­fiką, sło­wem – sztuką. Nie w służ­bie reżimu. Obok niego.

Mię­dzy­na­ro­dową sławę zdo­był reży­ser fil­mowy Andrzej Wajda, zdo­by­wali Europę reży­se­rzy teatralni Erwin Axer, Adam Hanusz­kie­wicz, Kon­rad Swi­nar­ski, a zwłasz­cza rewo­lu­cjo­ni­sta teatru Jerzy Gro­tow­ski. Muzyce świa­to­wej nada­wali ton Witold Luto­sław­ski i Krzysz­tof Pen­de­recki, potem i Hen­ryk Górecki. Wielcy mala­rze i gra­ficy, następcy Trep­kow­skiego – Jan Lebe­stein, Jan Lenica, Jan Mło­do­że­niec, Janusz Stanny, Fran­ci­szek Sta­ro­wiey­ski, Wal­de­mar Świe­rzy, Józef Wil­koń, Woj­ciech Zamecz­nik (chyba nie prze­oczy­łem nikogo z naj­wy­bit­niej­szych?) – uczy­nili pla­kat sztuką wyższą.

Spo­łe­czeń­stwo zacho­wy­wało swoje poczu­cie nie­za­leż­no­ści, któ­rego reżim nigdy już nie potra­fił prze­ła­mać. Tole­ro­wać musiał 11 lat cudowny, nie­po­wta­rzalny humor tele­wi­zyj­nego cyklu spek­ta­kli „Kaba­retu star­szych panów”. Paste­lo­wej iro­nii dow­ci­pem, nie­uchwyt­nym dla cen­zury, Jeremi Przy­bora i muzyk Jerzy Wasow­ski, poro­zu­mie­wali się ze spo­łe­czeń­stwem nie tyle ponad gło­wami wła­dzy, co – jakby ją omi­ja­jąc. Aż koniec koń­ców po pro­stu kazano im zamknąć cykl. W ostat­nim pro­gra­mie „starsi pano­wie” wyjeż­dżali i szu­kali kogoś, kto zaopie­kuje się Leonem, myszką, którą zosta­wiają – cały kraj wie­dział, o co chodzi.

Podobną rolę odgry­wały też pio­senki innych auto­rów, Agnieszki Osiec­kiej, Woj­cie­cha Mły­nar­skiego czy też Jana Pie­trzaka. Sar­ka­styczne uwagi ludzi wła­dzy, że pol­ska wol­ność spro­wa­dza się do kaba­retu, były bliż­sze prawdy, niż im się zda­wało. Wobec pol­skiej kpiny reżim był bez­bronny, a poko­nać jej nie mógł. Humor ozna­czał nie­za­leż­ność… A z cza­sem do pol­skich dow­ci­pów dołą­czył się i dow­cip moskiew­ski, słynne pyta­nia do radia Jerywań…

Pol­ska niezależna

Emi­gra­cja pol­ska miała swój inte­lek­tu­alny organ, mie­sięcz­nik „Kul­turę”, na jej czele stał Jerzy Gie­droyc, człowiek-instytucja, wokół któ­rego gro­ma­dzili się naj­wy­bit­niejsi inte­lek­tu­ali­ści emi­gra­cji. „Kul­turę” odczy­ty­wała Wolna Europa, mimo kon­fi­skat na gra­nicy prze­my­cano pismo do Pol­ski. Niczego podob­nego nie zaznały inne „demo­ludy”, kraje Europy Środ­ko­wej, pod­po­rząd­ko­wane Sowie­tom jako „demo­kra­cje ludowe”.

Reżim pogo­dził się z obec­no­ścią posłów opo­zy­cji w sej­mie, z uka­zy­wa­niem się „Tygo­dnika Powszech­nego”, z ist­nie­niem „Klu­bów Inte­li­gen­cji Kato­lic­kiej”; nie mógł nato­miast stra­wić opo­zy­cji „swo­jej” prasy. Nie wystar­czała cen­zura. Wła­dze par­tyjne, które śmier­tel­nie prze­stra­szyły się „Po pro­stu”, całymi latami po Pol­skim Paź­dzier­niku pacy­fi­ko­wały i roz­pę­dzały kolejne „nie­po­słuszne” gazety, bo ich duch odra­dzał się pod innymi tytu­łami. „Prze­krój” zaś, jak na maga­zyn ilu­stro­wany swo­iste dzieło sztuki w dzien­ni­kar­stwie, prze­no­sił do Pol­ski z Zachodu i lite­ra­turę, i modę pary­ską; Polki, mimo pod­łych mate­ria­łów, ubie­rały się nie gorzej od kobiet Zachodu. „Prze­krój”, cho­ciaż „ział mia­zma­tami Zachodu”, miał do czasu, o dziwo, debit i na tere­nie ZSRR, gdzie nie­mało ludzi uczyło się dlań pol­skiego, jak choćby wielki poeta rosyj­ski, Josif Brodski.

Wście­kło­ścią reago­wał Kreml i sąsie­dzi na nie­za­leż­ność Kościoła pol­skiego. Ducho­wień­stwa i kra­jowy reżim nie zno­sił. Drę­czył je stałą inwi­gi­la­cją i roz­ma­itymi szy­ka­nami. Ale pry­mas nie pod­da­wał się. Wymy­ślił – obchody „tysiąc­le­cia chrztu Pol­ski”. Wła­dze skon­tro­wały je „tysiąc­le­ciem pań­stwa pol­skiego” i jęły dla tego celu – finan­so­wać… wyko­pa­li­ska arche­olo­giczne! To był pozy­tywny sku­tek uboczny rocz­nicy chrztu.

Bez­po­średni powód bez­rad­nej wście­kło­ści dali jed­nak wła­dzom reżimu i Moskwie pol­scy biskupi. Z ini­cja­tywy biskupa wro­cław­skiego, Bole­sława Kominka, w roku 1965, po roz­mo­wach na prze­ło­mo­wym Sobo­rze Waty­kań­skim Dru­gim, zaadre­so­wali do bisku­pów nie­miec­kich list ze sło­wami zna­mien­nej tre­ści – „wyba­czamy i pro­simy o wyba­cze­nie”. List począt­kowo nie zna­lazł uzna­nia nawet wśród inte­li­gen­cji pol­skiej, jego zna­cze­nie ogół Pola­ków zro­zu­miał dopiero po latach. Ów list otwo­rzył drogę do histo­rycz­nego pojed­na­nia mię­dzy Pola­kami i tymi Niem­cami, któ­rzy za Łabą wyrze­kli się dzie­dzic­twa hitle­row­skiego i zbu­do­wali pełną demokrację.

Rów­nież i taką szansę Pol­ska zawdzię­czała swemu Pol­skiemu Październikowi…

STEFAN BRATKOWSKI

Autor (ur. 1934) jest członkiem Rady Nadzorczej naszego Stowarzyszenia. Tekst ukazał się pierwotnie w portalu internetowym "Studio Opinii".


 

Powrót do spisu treści