Leopold Unger o RWE (2001)

 
Radio Wolna Europa

 

LEOPOLD UNGER

 

Lublin, 30 czerwca 2009 r. ©  Fot. Mariusz Kubik
 

Koniec pieśni...

13 czerwca 1993 roku wygłosiłem na falach polskiej rozgłośni Radia Wolna Europa mój normalny cotygodniowy felieton. Był jak wszystkie poprzednie, a doliczyć się ich można było wtedy już około 400, trwał 15 minut, powtórzony został, też jak poprzednie, kilka razy w sobotę i w niedzielę w najbardziej słuchanym programie RWE: „Fakty, wydarzenia, opinie”. Ale chociaż felieton był normalny, był także specjalny, bo ostatni, jaki wygłaszałem w programie nadawanym z Monachium. Ten etap mojej wędrówki przez eter kończył się podwójnym pożegnaniem: ze słuchaczami i z RWE. W streszczeniu wygłosiłem mniej więcej takie adieux:

„Tak zamyka się klamra, dla mnie, choć przez małe »h«, jednak historyczna... Mam nadzieję, że się jeszcze w eterze spotkamy. Ale następne nasze spotkania pozbawione już będą tego dreszczu emocji, jaki towarzyszył najpierw przedzieraniu się przez szczekaczki, potem przełamywaniu muru kalumnii i złej woli, i wreszcie, po roku 1989, pokonywaniu dystansu już nie politycznego, ale geograficznego dzielącego Brukselę i Monachium od Warszawy i Polski w ogóle, który pozwalał widzieć świat inaczej, a często i lepiej, bo jak to określił Jan Nowak-Jeziorański, z oddali.

Krótkowzroczna amerykańska decyzja położenia kresu działalności polskiej sekcji RWE w Monachium wywołała sporo wątpliwości co do jej politycznego sensu i jeszcze więcej goryczy wobec stylu tego zakończenia. Do politycznej krótkowzroczności tej decyzji i moralnej dwuznaczności procedury dorzucić trzeba tylko kilka z wielu narzucających się uwag merytorycznych.

Pierwsza dotyczy naturalnie podstawowej, niewymagającej wielkiego wykładu ani uzasadnienia straty, jaką stanowi koniec źródła wolnej, sprawdzonej informacji i dojrzałego komentarza, opracowanych przez doświadczony i wiarygodny zespół dla słuchacza w świeżo i z trudem demokratyzującej się Polsce. Druga dotyczy mniej znanej roli RWE jako informatora polskich słuchaczy poza granicami Polski. Historia najnowsza Polski obfituje w wyjątkową liczbę zygzaków, na których co jakiś czas spore grupy młodych Polaków wypadały z pociągu zwanego socjalizmem. Otóż w dużym stopniu dzięki RWE Polacy na całym świecie nie zostali nagle obudzeni z letargu w momencie np. okrągłego stołu i mogli w pełni świadomości podejmować tak ważne decyzje, jak choćby dotyczące powrotu do kraju.

Trzecia uwaga dotyczy mało albo wcale nieznanego aspektu roli RWE. Była ona niezastąpionym źródłem orientacji dla dziennikarzy zagranicznych, którzy (ja także) właśnie z ludźmi z Monachium sprawdzali albo konfrontowali wiadomości lub punkt widzenia. W ten sposób dzięki RWE liczba głupstw i dezinformacji wypisywanych na temat Polski w prasie międzynarodowej była stosunkowo niewielka.

Czwarta wreszcie uwaga dotyczy władz amerykańskich. Decyzja zamknięcia RWE jest, wszystko na to wskazuje, politycznym błędem. Amerykański leader-ship jest na świecie w ewidentnym kryzysie, ułomność amerykańskiej polityki zagranicznej sprawiła, że jej prestiż wyraźnie spada. Likwidacja RWE jest jednym, zresztą nie najważniejszym, z epizodów tego kryzysu... W przezwyciężeniu tego zjawiska rozgłośnia monachijska mogłaby odegrać poważną rolę. Tym bardziej że już ją kiedyś, i to przez długie lata, odgrywała. Ale już jej nie ma. I trzeba będzie tę sprawę załatwić bez »Tu mówi rozgłośnia polska Radia Wolna Europa". Historia Polski pisze się nadal. Szkoda, że RWE przy tym zabraknie. Nigdy nie byłem pracownikiem Wolnej Europy, ale podzielam wątpliwości i rozumiem gorycz moich monachijskich kolegów, z którymi przeszedłem spory kawałek drogi... Droga trwa, ale bez nas trwa inaczej...”.

Kilka dni później do redakcji polskiej Radia Wolna Europa w Monachium przyszedł list na moje nazwisko. Był reakcją na ostatni felieton i pożegnanie ze słuchaczami. Jego fragmenty przedrukowuję - bez przesadnej skromności, bo nie tylko ja takie listy dostałem - w oryginalnym brzmieniu.

Od lat słuchanie dwa razy dziennie RWE było sprawą tak normalną jak śniadania i obiady, a nawet dużo ważniejszą i konieczniejszą; za każdym ra­zem wieczorem z tą nadzieją, że Pana usłyszymy - aż do tego nieszczęsnego 13 VI br., kiedy Pan powiedział, że to już ostatni raz... Czy mamy wyrazić, cośmy wtedy poczuli i pomyśleli. Ani nie wyrazimy, ani nie powiemy, bo to niemożliwe, tylko tyle, że był to dla nas „grom z jasnego nieba", a tych gromów to już mamy więcej niż dosyć... Co my będziemy wiedzieć o Panu i skąd - tego zupełnie nie wiemy. Może RWE jednak o tym powie, bo nie będziemy mieli spokoju... Przecież nie można komuś zabrać kogoś niezbędnego i nie powiedzieć, co się z Nim stało i co się z Nim dzieje. My stale myśleć o Panu będziemy i mówić i wspominać. Może i Pan o nas pomyśli, bo czujemy, że nie tylko w nas piorun dziś rano trząsł. Zawsze wierni Panu pozostaniemy... życząc z całego serca tego, co najlepsze na obecnej ziemi. Jakże nam smutno i pusto... Bądź zdrów i niechaj Cię życie i świat oszczędza.

Wierni Tobie słuchacze

AM i AL.
 

Życiodajny buczek

Wszystko zaczęło się jakieś 25 lat wcześniej - a nawet o wiele wcześniej. Program Wolnej Europy znałem bowiem doskonale jeszcze przed tym, co się w Polsce określa jako „marcową emigrację”. Przedzierałem się przez buczka (to Roman Zimand nazwał kiedyś polską sekcję RWE „radiostacją im. Buczka”, gra słów - chodziło o decybele, ale pewien Buczek w historii komunistycznej istniał naprawdę), i słuchałem radia z Monachium regularnie w Polsce, a jak było „gorąco”, to i w redakcji „Życia Warszawy” na żywo. Na emigracji, mimo trudnego odbioru (buczek sięgał aż do Belgii), było to najlepsze źródło informacji ze Wschodu, niezwykle pomocne w szybkim dziennikarskim komentowaniu wydarzeń zza żelaznej kurtyny. Więcej i lepiej: na pewnym etapie (…) możliwość językowa i, później, także osobista, korzystania z dostępu do programów RWE okaże się decydująca w mojej walce z konkurencją o miejsce w prasie zachodniej.

Na początku, to jasne, znajomość była jednostronna. Ja Wolną Europę znałem dobrze, ona o Ungerze, jak się potem ku ogromnemu zdumieniu z lektury mojej „teczki” monachijskiej miałem przekonać, nie wiedziała nic. W bardzo chudej (chyba że niepełnej) „teczce" znalazłem cztery informacje, które warto może, dla jasności obrazu, ujawnić. Pierwsza, że jak w 1968 roku w Paryżu powiedział, nie wiedząc, że rozmawia z informatorem RWE, Leszek Kołodziejczyk - mój były i przyszły paszkwilant z „Życia Warszawy” - „Unger nie zasługuje na to, aby kruszyć kopie w jego obronie. Tonie dziennikarz, a talent organizacyjny”. Druga, że w 1969 roku zostałem,o czym nie wiedziałem, skreślony z ewidencji Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Trzecia, (strictly confidential, podkreśla, nie wiem dlaczego, autor informacji), że jako Żyd nie miałem zaufania generała Moczara i dlatego nie wyjechałem w 1965 roku za granicę (chodziło o rok 1964 i o ewentualne objęcie posady korespondenta w Paryżu) i że Henryk Korotyński miał mi wytłumaczyć, iż nie mogę wyjechać z powodu trudności finansowych.

I wreszcie czwarta, że wyemigrowałem do Belgii, bo mam tam brata. Niestety, już dawno (a w Belgii nigdy) nie miałem.
 

Leopold Unger z Krystyną Miłotworską-Hilary, dziennikarką Rozgłośni Polskiej RWE, podczas uroczystości nadania doktoratu honoris causa przez Uniwersytet Marii Skłodowskiej-Curie

Lublin, 30 czerwca 2009 r.

©  Fot. Mariusz Kubik

„Bóg zapłać"

Taka ułomna nieznajomość nie mogła trwać długo. I nie trwała. Na początku lat siedemdziesiątych RWE doszła chyba do szczytu potęgi. Po rozwodzie z CIA w wiarygodność i dokładność jej informacji nikt, nawet jej wrogowie, już nie wątpił. RWE miała w Brukseli duże biuro w eleganckim miejscu, znakomitego dyrektora Anglika i znakomitą office-manager, cudowną Irlandkę, oraz ogromną liczbę psów, samych cockerów. Kiedy zaczęły się ukazywać w „Le Soir”, a potem w „Kulturze” artykuły tematycznie interesujące, a -ściśle mówiąc - użyteczne dla RWE, nastąpiło - wzajemne zresztą - zbliżenie. Ja zacząłem korzystać z ich materiałów, oni zaczęli korzystać ze mnie.

Najpierw było skromnie i z daleka. Zaczęło się od wymiany listów w sprawie książki, której nigdy zresztą nie napisałem. Listy Jana Nowaka-Jeziorańskiego, legendarnego Kuriera z Warszawy, budowniczego polskiej sekcji RWE i jej pierwszego dyrektora, były uprzejme i rzeczowe, ale bez dalszego ciągu. Dotyczyły głównie wymiany informacji na temat sytuacji w Polsce. W pewnym momencie Nowak tak, niby en passant, napisał: Będę zawsze wdzięczny za przekazywanie mi ciekawszych informacji z kraju, chętnie służąc rewanżem. Nawiasem mówiąc, mamy możliwości honorowania tego rodzaju współpracy, co w Pana sytuacji z pewnością nie jest bez znaczenia... Na co ja dumnie, choć aluzja do sytuacji była prawidłowa, odpowiedziałem: Co do honorarium, to potraktujemy to jako wymianę. Ja tyle zrzynam z Pańskiej produkcji, że to niewiele, co Pan dostaje ode mnie, niech będzie moim skromnym Bóg zapłać.

Potem, tak jak to było z „Kulturą”, przyszło zaproszenie od Nowaka. I tak jak do „Kultury” jechałem do Monachium z ogromnymi emocjami. Dwie instytucje-symbole, dwaj dyrektorzy-legendy. Ale nie tylko dlatego odczuwałem dreszcze. Opad propagandy warszawskiej działał także w Monachium. Wchodząc do gmachu RWE w Angielskim Ogrodzie, instynktownie obejrzałem się więc za siebie, wypatrując jakiegoś agenta UB schowanego za najbliższym drzewem. Histeryk? Powoli. Jak się później dowiem,nie była to wcale mania prześladowcza. Wiem to od samego Nowaka, a właściwie z jego listów do Jerzego Giedroycia. Kiedy bowiem były ku temu powody, Nowak z reguły ostrzegał Giedroycia przed zagrożeniem ze strony warszawskiej agentury.

I tak np. w październiku 1967 roku Nowak pisał (zastrzegając, że jak najpoufniej) do Giedroycia: Z wiarygodnego źródła dowiedzieliśmy się, że MSW otrzymało ostatnio specjalny fundusz na wzmożenie kontrwywiadu przeciwko nam i „Kulturze"... Jesteśmy przygotowani na próby włamania nie tylko do naszych biur i kas ogniotrwałych, ale także do prywatnych mieszkań i skrzynek pocztowych... Zwiększy się również liczba wizyt i listów prowokacyjnych. Wydaje mi się, że redakcja „Kultury” musi się liczyć z podobnymi możliwościami.

Albo inna „próbka”. W liście z lutego 1975 roku (ściśle poufne-osobiste) Nowak informuje, że bezpieka stosuje na coraz większą skalę podrabianie i fałszowanie listów i dokumentów. Nie tylko ja doświadczyłem tego na swojej skórze... Wiesenthala o mały włos Austriacy nie wyrzucili ze swego kraju, ponieważ ambasada PRL przedłożyła władzom sfałszowany list na jego papierze listowym, z którego miałoby wynikać, że jest on agentem wywiadu Izraela. Podrabiane były również listy Wiesenthala wysyłane z Wiednia do różnych intelektualistów czechosłowackich. Chodziło o ich skompromitowanie.

Także w 1975, ale w maju, Nowak jeszcze raz wraca do ubeckiej chmury.

Operacje dywersyjne prowadzi specjalna komórka w MSW, która zajmuje się przede wszystkim „Kulturą" i RWĘ i nazywa się Biuro XI-ADP (przypuszczam, że inicjały pochodzą od słów „antydywersja polityczna"). Polega ona głównie na fałszowaniu listów i dokumentów rozsyłanych z Sollingen i Düsseldorfu, gdzie pod pokrywką tzw. Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Niemieckiej działa reżymowy kontrwywiad...

 

Jeden z plakatów propagandowych wydanych w PRL-u,
dyskredytujących działalność Rozgłośni Polskiej RWE w Monachium

© Fot. Archiwum Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół
Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

 

Ale tak jak w domu pod Paryżem, podobnie i tu, wewnątrz gmachu w Englischer-Garten, wątpliwości szybko się rozwiały. Rozmowa w gabinecie Nowaka nie trwała długo, zostałem potem zaproszony na konferencję redakcyjną, byłem świadkiem, jak nizał się codzienny spisek przeciw Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, reszta, już mniej groźna, odbyła się w kafeterii.

Odmiennie jednak niż z Maisons-Laffitte, z Monachium wyjechałem bez złudzeń. Nowak nie zaproponował mi ani przeniesienia się do Monachium (czego się spodziewałem, ale na co i tak bym się nie zgodził), ani nawet stałej współpracy. Była natomiast propozycja dorywczego kontaktu, zależnie od wydarzeń. Poznaliśmy się, byliśmy z siebie wzajemnie zadowoleni. A potem się zobaczy...

Stan niepewności nie trwał długo. Życie narzuciło częsty (podczas następnych 25 lat) kontakt - w moim i ich interesie. Formuła docierała się oczywiście dość długo. Najpierw były zamawiane komentarze szybko pisane - i mówione - do aktualnych wydarzeń. Potem, kiedy już znaliśmy się lepiej, przeszliśmy do bardziej ambitnej formuły nieco dłuższych „rozmów” przez telefon. Przyjęły się dość szybko, bez większych oporów. Wyraźnie uznano,że coś nowego wnoszę do programu, że warto mnie mieć na antenie. Kiedy Marek Łatyński przejmował po Zdzisławie Najderze dyrekcję rozgłośni, byłem jednym z niewielu (towarzystwo było przednie: Brzeziński, Miłosz, Pipes, Kołakowski, Giedroyc), do których, jak sam pisze, zadzwonił, aby upewnić się o ich dalszej współpracy z redakcją pod jego już kierownictwem.

 

Leopold Unger z Markiem Łatyńskim (1930-2003)
- Dyrektorem Rozgłośni Polskiej RWE w latach 1987-1989

© Fot. Archiwum Leopolda Ungera

Pokój w eterze

Prawdziwy przełom nastąpił w styczniu 1988 roku, kiedy Warszawa ogłosiła, że kończy zagłuszanie. Traf, los czy po prostu przypadek - ten przyjaciel dziennikarzy - sprawił, że akurat tego dnia byłem w kontakcie z Monachium. Od razu kazali pisać komentarz. Nie sprawiło mi to specjalnych trudności, bo wojnę o wolność w eterze prowadziłem od dawna w zachodniej prasie. Kilkanaście dni przed uśmierceniem buczka przez władze warszawskie wydrukowałem wielki artykuł w „Le Soir” pt. „Wojna w eterze: o wolne radio dla ludzi wolności pozbawionych”.

Napisałem więc od razu i - już bez buczka - powiedziałem do mikrofonu m.in.:

„Decyzję o zagłuszaniu należy traktować bez sentymentów i wzruszeń, a z dużym poczuciem realizmu. Decyzja ta stanowi fakt o sporej wymowie symbolicznej, oznaczarównież uznanie anachronizmu zagłuszania i zwycięstwo zdrowego rozsądku. Kończy się wielki show kafkowski. Dla zespołu RWE stanowi to także wielkie wyzwanie. Ogólnie dostępny, program RWE powinien być modelem wolnego radia. Koniec buczka jest jednym z wymuszonych przez społeczeństwo tych gestów władzy, w zamian za które spodziewa się ona kupić społeczny spokój. Jest to ustępstwo, które tworzy pewne strefy względnej wolności za cenę utrzymania ogólnego pancerza dyktatury, ograniczeń i przymusów. I z nadzieją na uzyskanie w zamian za zagłuszenie zagłuszania istotnych zachodnich koncesji politycznych. W istocie, zagłuszanie było sprzeczne z prawem międzynarodowym, spokój w eterze jest jednym z warunków spokoju na ziemi. Bez żadnych dodatkowych koncesji…”.

Począwszy od tego dnia zmieniłem definitywnie formułę na bardziej zobowiązującą, przeszedłem na taki w amerykańskim stylu wolny komentarz w wolnym radiu. Trwał 15 minut, jak na radiowe warunki bardzo długo, szedł zawsze w programie: „Fakty, Wydarzenia, Opinie” i był kilkakrotnie (w najlepszym okresie pięć razy) powtarzany w soboty i w niedziele. Pisałem go zawsze w piątek, nagrywałem w sobotę rano, przy specjalnych okazjach w sobotę po południu. Postęp był nie tylko formalno-dziennikarski, ale i... finansowy. Tym razem nie powiedziałem „Bóg zapłać” i kiedy dyrekcja RWE zaproponowała mi ryczałt, odpowiedziałem: Merci beaucoup, bardzo chętnie...

Zmiana była ogromna. „Kultura" (…) to był rodzaj klasztoru czy kibucu, gdzie wszyscy - mam na myśli ścisłą ekipę mieszkającą w Maisons-Laffitte - mieli dom, wikt i opierunek, i te same uposażenia, mniej więcej na poziomie francuskiego minimum życiowego. O pieniądzach mówić nawet nie wypadało. Giedroyc nalegał na to, aby jakieś honoraria płacić, ale Zosia bardzo niechętnie otwierała szufladę z kasą. W ich - Zosi, ale zwłaszcza Giedroycia - pojęciu (w naszym pojęciu, w pewnym stopniu, zresztą także) pisanie do „Kultury” było posłannictwem i zaszczytem, a nie pracą zarobkową. Jedynym, który żył (biednie) z uposażenia w „Kulturze”, był Juliusz Mieroszewski. Na szczęście i ja, i inni skądinąd czerpaliśmy środki do życia, dzięki czemu nie musieliśmy umierać z głodu na tym posterunku. Natomiast w RWE honoraria czy uposażenia, niektóre, to nie tajemnica, były na bardzo dobrym poziomie, a praca dla radia - choć nie całkiem pozbawiona elementów „posłannictwa”, była, formalnie biorąc, traktowana na zasadzie czysto zawodowej - stałym pracownikom przynosiła nie tylko amerykańskie paszporty, ale także stosunkowo wysokie dochody i emerytury, dla ważniejszych nawet mieszkania i inne, nie znane mi, awantaże w naturze. Była hierarchia, skala uposażeń, były negocjacje, a nawet procesy, syndykaty, umowy zbiorowe. Kiedy jechałem do Monachium, bilet i hotel były zapłacone, w lepszych czasach, bywałem nawet zapraszany na lunch w restauracji, czasem dobrej, czasem gorszej.

Kiedy ogłosiłem, że przestaję „nadawać”, zgłosiło się kilka polskich radiostacji z propozycją przejęcia schedy... i ryczałtu. Ale to już nie było to.

(…)

RWE legła z woli pozbawionych wyobraźni decydentów w Waszyngtonie. Zepsuli znakomity mechanizm: każdy, kto śledził sytuację w kraju wie, jak pożyteczną rolę mogłoby przez długi jeszcze czas odgrywać naprawdę niezależne radio właśnie z oddali. Tylko energia zespołu RWE, dobra wola i inteligencja kilku osób w Poznaniu potrafiły uratować polską sekcję RWE od skandalicznego zejścia ze sceny w całkowitym anonimacie. To do Poznania musiał przyjechać z Warszawy pierwszy prezydent demokratycznej RP, aby po 42 latach od narodzin rozgłośni pierwszy jej dyrektor mógł przed nim wygłosić swój imponujący ostatni meldunek: „Polsko. Wykonaliśmy naszą misję. Odchodzimy, bo zwyciężyłaś. Żegnaj”.

Los sprawił, że byłem jedynym stałym współpracownikiem „Kultury" obecnym w czerwcu 1994 roku na „żałobnych" ceremoniach RWE w Poznaniu i jedynym stałym współpracownikiem RWE obecnym we wrześniu roku 2000 na pogrzebie Jerzego Giedroycia i „Kultury” w Maisons-Laffitte. Nie były to okazje radosne, ale na pewno, każda w swoim rodzaju, historyczne.

 

Pożegnanie pracowników Rozgłośni Polskiej RWE ze słuchaczami w Poznaniu - czerwiec 1994 r.
Na pierwszym planie: Jan Nowak-Jeziorański i Alina Perth-Grabowska

© Fot. Archiwum Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół
Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

 

© Fot. Archiwum Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół
Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

© Fot. Archiwum Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół
Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

  

Epilog

W czasie pierwszej mojej, po 20 latach zakazów, podróży do Polski, siedziałem któregoś dnia z przyjaciółmi w jednej z warszawskich kawiarni. Rozmawialiśmy nad kielichem, a więc głośno, naturalnie o polityce. W pewnym momencie ktoś ze stolika obok odwrócił się ku mnie, popukał delikatnie w plecy i bardzo grzecznie zapytał: „Przepraszam pana bardzo, to na pewno pan Unger?”. Ja na to, świadom, że poza grupą przyjaciół nikt mojej twarzy w Polsce nie oglądał: „Tak, ale skąd pan wie?”. „Ja pana poznałem po głosie” - odpowiedział.

To się jednak liczy...

LEOPOLD UNGER

 

Tekst poświęcony wieloletniej współpracy Leopolda Ungera z Rozgłośnią Polską Radia Wolna Europa stanowi fragment jego dziennikarskiej autobiografii pt.: „Intruz” - wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2001.  Leopold Unger zmarł 20 grudnia 2011 r. w Brukseli w wieku 89 lat. (Mariusz Kubik)

 

Powrót do spisu treści