W Brukseli zmarł Leopold Unger. Miał 89 lat

20 grudnia 2011 r. zmarł w Brukseli wybitny dziennikarz, publicysta, współpracownik paryskiej "Kultury" i Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, Leopold Unger. Miał 89 lat.  W Lublinie planowane jest wydanie jego książki zawierającej teksty, wygłaszane przed mikrofonami Rozgłośni Polskiej RWE.


*   *   *
 

Odszedł Ten, który rozumiał

 

STEFAN BRATKOWSKI

 

 Warszawa, 8 czerwca 2009 r. © Fot. Mariusz Kubik

Wyda­wało się to mało praw­do­po­dobne, ale odszedł z tego świata Leopold Unger – od czter­dzie­stu lat insty­tu­cja euro­pej­skiej wie­dzy politycznej…

Nic w Jego dzie­ciń­stwie i mło­do­ści nie wska­zy­wało takiej przy­szło­ści. Poldek jako mały chło­piec zna­lazł się w cza­sie wojny w Rumunii pod opieką rodziny wiel­kiego Eugeniusza  Kwiat­kow­skiego, po woj­nie szybko awan­so­wał do pozy­cji zna­ko­mi­tego dzien­ni­ka­rza w naj­po­waż­niej­szej gaze­cie pol­skiej, „Życiu War­szawy”. „Życie” potra­fiło w naj­gor­szych, naj­trud­niej­szych cza­sach ucho­wać wiele z auten­tycz­nego dzien­ni­kar­stwa, w czym po Pol­skim Paź­dzier­niku odgry­wał ogromną rolę następca Ste­fana Rotherta jako wie­lo­letni sekretarz redak­cji – Leopold Unger. Wycho­wał wielu młod­szych kolegów, któ­rzy piszą do dzi­siaj; pamię­tam, jak zabie­rał ich na obiady, z któ­rych oka­zję mia­łem cza­sami i ja korzy­stać… Dys­ku­sje przy obia­dach dawały wiele z wie­dzy Poldka star­szego od nas o te dzie­sięć, dwa­na­ście lat. Opi­nie to były trzeźwe i głę­bo­kie, ale nigdy nie zawie­rały uczu­cia bez­na­dziei; mie­li­śmy ufać pol­skiej nieskłon­no­ści do pod­dania się, pewni, że przyj­dzie kie­dyś następny Październik.

Poldek nie docze­kał go w Pol­sce. Wyje­chał z Pol­ski jak inni kole­dzy wyszczuci kam­panią anty­se­micką 1968 r. Tra­fił do Bruk­seli, gdzie miał rodzinę. Rodzina nie umiała zna­leźć miej­sca do życia dla „socja­li­stycz­nego” dzien­ni­ka­rza, ale szczę­śli­wie Poldek spotkał na ulicy Belga, przy­ja­ciela z euro­pej­skiego klubu dzien­ni­ka­rzy nar­cia­rzy, chyba nawet z zarządu, któ­rego człon­kiem był chyba i Poldek. Belg, usły­szaw­szy o losie polskiego kolegi, zapro­wa­dził go do swo­ich kole­gów w bruk­sel­skim, bar­dzo wzię­tym dzienniku „Le Soir”. Pierw­sze tek­sty Poldka tłu­ma­czył ktoś na fran­cu­ski, nie wiem, kto; nie­długo jed­nak Poldek ze swoim talen­tem do języ­ków zaczął sam już pisać po fran­cusku. W ciągu paru mie­sięcy czy­tano, wła­śnie Jego, wszę­dzie, gdzie inte­re­so­wano się wschodnią czę­ścią Europy – nie było bowiem nikogo, kto by znał się na niej tak jak On. Czy­tali Go po dal­szych mie­sią­cach, co najważ­niej­sze, poli­tycy, rzą­dzący Europą.

Wyrósł na pierw­szy auto­ry­tet w dzien­ni­kar­stwie euro­pej­skim od spraw Europy Wschodniej i ZSRR. On jedyny na Zacho­dzie rozu­miał, co się tam dzieje i czego się można po Sowie­tach spo­dzie­wać. Przy­cią­gnął go też do współ­pracy redak­tor pary­skiej „Kul­tury”, felie­tony bruk­sel­skie Ungera cie­szyły się opi­nią jed­nej z naj­cie­kaw­szych pozy­cji każ­dego numeru, Poldek uwa­żał zaś współ­pracę z Gie­droy­ciem za bodaj naj­waż­niejszy ze swo­ich obo­wiąz­ków - zapew­nia­jący Mu kon­takt z czy­tel­ni­kami w Kraju. Mówił też do nas przez Wolną Europę, przez BBC. Dru­ko­wał Go regu­lar­nie Inter­na­tio­nal Herald Tri­bune, który docie­rał do PRL.

Przy­szedł nowy Pol­ski Paź­dzier­nik – Soli­dar­ność. Miał Poldek poczu­cie zwy­cię­stwa. Ku iry­ta­cji kole­gów mówił po roku 1989 – „teraz mogę spo­koj­nie umrzeć”. Na szczę­ście, nie spie­szył się. Pisał książki, nowe komen­ta­rze do roz­woju sytu­acji na Wscho­dzie, nadal tłuma­czył Zacho­dowi, co się dzieje na wschód od Łaby, włącz­nie ze zmia­nami w Pol­sce, któ­rych Zachód też nie rozu­miał. Bywał Poldek w Kraju, dys­ku­to­wał z nami, spo­ty­kał się z naszą elitą umy­słową, któ­rej zawsze miał coś do powie­dze­nia. Roz­ma­wia­li­śmy parę miesięcy temu o potrze­bie zmon­to­wa­nia jakie­goś ogól­no­eu­ro­pej­skiego grona dys­ku­syj­nego, które wyko­rzy­sta gro­ma­dzoną wie­dzę do ana­lizy dnia dzi­siej­szego i jutra Europy… Taki był On, który rozu­miał. Dożył 89 lat.

STEFAN BRATKOWSKI

Autor (ur. 1934) jest członkiem Rady Nadzorczej naszego Stowarzyszenia. Tekst ukazał się pierwotnie w portalu internetowym "Studio Opinii".

 

Powrót do spisu treści