Moje spotkania z Jerzym Stempowskim
 

 
 © Fot. Mariusz Kubik / Warszawa, 9 listopada 2008 r.
 

RYSZARD MATUSZEWSKI
 

Na który rok przypada pierwsze moje zetknięcie się z panem Jerzym Stempowskim, nie umiałbym dziś określić, ale był to na pewno jeszcze okres moich studiów, skoro pamiętam także moją radość i jego reakcję, kiedy zobaczyłem go, przyjechawszy jesienią 1936 roku na przepustkę ze szkoły podchorążych w Zegrzu, przy stoliku w kawiarni IPS-u, gdzie zwykł był siadywać. Byłem wtedy w podchorążackim, „wyjściowym” mundurze, a pan Jerzy, witając mnie, z pewnym rozbawieniem powtarzał raz po raz, przeciągając sylaby i delektując się Plautowskim tytułem miles gloriosus...

 

Rysunek Jerzego Stempowskiego - plan drogi z dworca w Bernie,
narysowany dla Jana Kotta (10 października 1946 r.)

 

To, że pan Jerzy spędzał pewne godziny dnia w warszawskich kawiarniach, wypenetrował oczywiście Janek Kott. Mam wrażenie, że byliśmy dla Stempowskiego wdzięcznym audytorium: wyraźnie lubił, kiedyśmy się do niego przysiadali, a do tego, by zacząć snuć któryś ze swych pasjonujących i olśniewających erudycją monologów, niepotrzebny był nawet żaden szczególny impuls z naszej strony. Pan Jerzy mówił, myśmy słuchali, w jakimś stopniu na pewno już wtedy świadomi, że mamy do czynienia z człowiekiem o wiedzy wyjątkowo wszechstronnej. Mówił głosem ściszonym i nieco monotonnym, ale treść tych monologów była dla nas tak interesująca, że nawet moje złe znoszenie długich kawiarnianych nasiadówek, moja ruchliwość i niecierpliwość, ustępowały pod naporem ciekawości. Ciekawość tę podsycał fakt, że właściwie niewiele wiedziałem wtedy, kim jest pan Jerzy. Publikował niewiele, co po latach mi się wyjaśniło, kiedy przeczytałem jego szkic O czernieniu papieru. Tematów osobistych nigdy w rozmowie nie podejmował. Wiedzieliśmy, że przez krótki czas pełnił jakąś funkcję w gabinecie profesora Kazimierza Bartla, ale później od rządzących kół sanacji nie tylko się odsunął, ale miał na polską rzeczywistość polityczną lat 30. bardzo krytyczny pogląd, co przebijało z jego licznych w tej dziedzinie wypowiedzi. Wiedzieliśmy, że ma wykłady w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej (odpowiednik dzisiejszej PWST). Z kilku prac, które ogłosił przed wojną, pierwszą Pan Jowialski i jego spadkobiercy. Rzecz o perspektywach śmiechu szlacheckiego (1931) przeczytałem już poinformowany, że esej ten ma aluzyjny podtekst, gdyż - pisząc o Jowialskim - Stempowski nadał mu po trosze rysy Piłsudskiego z ostatniego okresu jego życia. Aluzja wydawała mi się wtedy jednak bardzo głęboko ukryta i myślałem sobie, że gdyby mi ktoś o tym nie powiedział, sam z siebie nigdy bym na ten trop nic wpadł. W związku z tym większe moje zainteresowanie wzbudził następny esej Stempowskiego: ogłoszony w roku 1933 szkic o futuryzmie, dadaizmie i surrealizmie Chimera jako zwierzę pociągowe. A w ogóle - co wydaje mi się dzisiaj kolejnością najzupełniej właściwą -pierwszą formą wypowiedzi pana Jerzego, z jaką miałem szczęście się zetknąć, były jego wspaniałe eseje „mówione”. Poza tym o osobie pana Jerzego wiedzieliśmy również to, że jest synem Stanisława Stempowskiego, wielkiego masona, przyjaciela Marii Dąbrowskiej, autorki czytanych wówczas powszechnie, a więc i przez nas, Nocy i dni.
 

 

Okładka i strona tytułowa pierwszego wydania "Ziemi berneńskiej" (Genewa, 1954)

© Fot. Archiwum Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół
Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego

 

O wojennych i powojennych losach pana Jerzego musiałem dowiedzieć się względnie wcześnie, chyba wraz z przeciekaniem numerów paryskiej „Kultury”, z którą nawiązał regularną współpracę, publikując w niej teksty pod pseudonimem Paweł Hostowiec. Jego adres w Bernie szwajcarskim, gdzie zamieszkał, otrzymałem chyba od Janka Kotta, którego fascynacja Stempowskim była wciąż ogromna, nawet w okresie urzeczenia ideologią komunistyczną, które zresztą już w okresie przedpaździernikowej odwilży wyraźnie mijało. W każdym razie kiedy na początku roku 1957 dostałem paszport na Zachód i zacząłem planować wyprawę do Francji przez Austrię i Szwajcarię, nawiązałem z panem Jerzym kontakt korespondencyjny i nie tylko ustaliliśmy, że go odwiedzę, ale pomógł mi on wtedy w otrzymaniu wizy szwajcarskiej, niezbyt chętnie udzielanej przybyszom zza żelaznej kurtyny.

Pan Jerzy wynajął dla mnie pokój w hoteliku sąsiadującym z jego berneńskim locum w mieszkaniu, którego gospodarzami byli jacyś urzędujący w Szwajcarii Holendrzy. O ile sobie przypominam, był to ktoś politycznie znaczący. Kiedy mnie pan Jerzy tym państwu przedstawiał, odniosłem wrażenie, jak gdyby zależało mu na tym, by wiedzieli, kogo przyjmuje, bo zaprezentował mnie w sposób, który mnie nieco zaszokował. Powiedział: Voici mon ami polonais, un communiste modéré (Oto mój polski przyjaciel, umiarkowany komunista). Chociaż należałem do PZPR, o czym zapewne musiał wiedzieć, choćby od Janka, nigdy się za komunistę nie uważałem i nigdy mnie nikt tak nie przedstawiał. Dało mi to do myślenia. Oczywiście nie było w tym żadnego elementu denuncjacji. Po prostu nas peerelowska rzeczywistość nauczyła chować głowę w piasek. W nazwie PZPR nie bez powodu nie pojawiało się określenie „komunistyczna” i większość członków partii, poczynając od tych, którzy znaleźli się w niej w wyniku zjednoczenia z PPS, a kończąc na tych, którzy wstępowali do niej z przyczyn czysto koniunkturalnych, wcale nie przyjmowała do wiadomości, że komunizm akceptuje czy też się z nim utożsamia. l nie dotyczyło to tylko prostaczków. Prezes Czytelnika Ludwik Kasiński, należący do partii i równocześnie deklarujący się jako wierzący katolik, byłby zdziwiony nie mniej niż ja, gdyby ktoś go nazwał komunistą, nawet „umiarkowanym”. Zachód oczywiście nie akceptował tej obłudnej maskarady i mam wrażenie, że pan Jerzy - obok, być może, innych względów takiej mojej prezentacji - chciał mi to dyskretnie uświadomić.
 

Berno w obiektywie Ryszarda Matuszewskiego - kwiecień 1957 r.

© Fot. Archiwum Ryszarda Matuszewskiego
 

Poza tym cały dzień spędziliśmy na spacerze po Bernie i rozmowie, z której najlepiej zapamiętałem watek dotyczący Rilkego. Poeta ten - jak wynikało z opowieści snutych przez pana Jerzego - w Bemie bywał i miasto owo wiązało się z jego biografią. Ofiarował mi wtedy pan Jerzy egzemplarz wydanej już w roku 1954 swojej publikacji w języku francuskim La terre bernoise. W dedykacji na tym egzemplarzu, który mam do dziś, napisał: A mon ami Richard Matuszewski très cordialement G.S. Berne, 14 avril 1957. Wiedząc, że w dalszej drodze mam zamiar zawadzić o Grenoble i udać się na południe Francji, dał mi adres Stanisława Vincenza, którego w parę dni później odwiedziłem w La Combe pod Grenoble i była to może nawet ciekawsza wizyta niż ta berneńska.


 

Jerzy Stempowski w Bernie - kwiecień 1957 r.

© Fot. Ryszard Matuszewski /  Archiwum Ryszarda Matuszewskiego
 

 

Czytając dziś z niesłabnącym zainteresowaniem wszystko, co wyszło spod pióra pana Jerzego i ukazuje się dziś u nas w rozlicznych edycjach, oraz rozmyślając nad rolą, jaką odegrał, zdaję sobie sprawę, że moja wizyta nie miała dla niego żadnego właściwie znaczenia. Mnie jednak zapadła w pamięć.
 

.

Ryszard Matuszewski przy grobie Jerzego Stempowskiego
- Warszawa, 7 maja 2006 r.

© Fot. Mariusz Kubik

Tak się składa, że kiedy chodzę na Powązki do mojej Irenki, mijam po drodze skromny grób kilku panów Stempowskich: pana Stanisława i trzech jego synów - Huberta i Jerzego, którego prochy zostały tu ze Szwajcarii sprowadzone, i najmłodszego Pawła. Odnoszę wrażenie, że nikt tego grobu, w którym leży dwu ludzi tak bardzo wybitnych jak stary mistrz loży masońskiej i jego syn, uznany za ojca polskiego eseju, nigdy nie odwiedza. Więc staram się zostawić tam czasem świeczkę lub kwiatek.

RYSZARD MATUSZEWSKI
 

Ryszard Matuszewski (1914-2010) - krytyk literacki, eseista, tłumacz, autor podręczników szkolnych literatury współczesnej, szkolny kolega Jana Kotta i Jana Nowaka-Jeziorańskiego, mieszkał w Warszawie.

Tekst jest fragmentem książki Ryszarda Matuszewskiego pt. Alfabet. Wybór z pamięci 90-latka (Iskry, Warszawa 2004). Teksty Matuszewskiego o Jerzym Stempowskim znalazły się także w pracy zbiorowej pt.: Pan Jerzy. Śladami niespiesznego przechodnia (wybór i opracowanie: Jerzy Timoszewicz; Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2005). Czarno-białe fotografie zamieszczone w tekście zostały wykonane podczas wizyty Matuszewskiego w Bernie, w kwietniu 1957 r. - podczas tej podróży odwiedził on Jerzego Stempowskiego. (Mariusz Kubik)

 

Powrót do tekstu głównego